Borzymy - Parafia pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy Advertisement
Start arrow Miejsce pobytu Jana Pawła II jako biskupa krakowskiego arrow Miejsce pobytu Jana Pawła II jako Biskupa Krakowskiego
18.02.2020.
 
 
Menu główne
Start
Aktualności
Szukaj
Księga gości
Linki
Licznik odwiedzin

Witam na stronach Naszej Parafii! Zachęcam do częstych odwiedzin! Szczę¶ć Boże!

Miejsce pobytu Jana Pawła II jako Biskupa Krakowskiego
Redaktor: Ks. Mirosław Baranowski   
20.10.2012.
Image     Jan Paweł II jako kapłan, a następnie biskup zasłynął ze specyficznego "duszpasterstwa turystycznego”. Wraz z gronem przyjaciół i znajomych (zwanych często „Rodzinką” albo „Środowiskiem”) spędzał wiele czasu na łonie przyrody. Szczególnie umiłował wyprawy górskie oraz spływy kajakowe. Podczas jednego ze spływów przebywał przez kilka dni od 28 lipca do 3 sierpnia 1974 roku nad Jeziorem Stackim, w miejscu, które obecnie jest częścią naszej parafii.
     W związku z tym, że jest to jedno z niewielu udokumentowanych i potwierdzonych miejsc pobytu Karola Wojtyły na terenie naszej diecezji, staraniem Nadleśnictwa, a zwłaszcza Pana Mariana Podleckiego, miejsce to zostało odpowiednio upamiętnione.
    W lesie nad jeziorem został umieszczony kamień z płaskorzeĽbą Papieża Polaka i napisem: „Byłem tu. Bł. Jan Paweł II” oraz wysoki krzyż. Fundatorem i wykonawcą tego niezwykłego pomnika jest Pan Krzysztof Szymanowski z Grajewa.
     Krzyż i obelisk zostaną uroczyście poświęcone 22 paĽdziernika o godz. 14.30 przez Ks. Biskupa Jerzego Mazura Biskupa Ełckiego. Natomiast już teraz można je odwiedzać i zanosić modlitwy do Boga poprzez wstawiennictwo Błogosławionego Jana Pawła II.
     Miejsce to obrazują zdjęcia w naszej galerii, a trasę dojazdu przedstawia specjalna mapa .
     Poniżej zamieszczone są wspomnienia osób z pobytu bp. Karola Wojtyły („Wujka”) nad Jeziorem Stackim. Są one fragmentami książki „Zapis drogi...” zawierającej wypowiedzi osób przebywających z Papieżem podczas wypraw górskich i spływów kajakowych.

„Lega 1974
     Lega zatarasowana powalonymi drzewami. Załoga łodzi prowadzącej zdrowo rąbała siekierami. Na brzegach bociany. nawet jeszcze przy ognisku przechadzały się niedaleko dwa wielkie bocianiska. Zosia jechała wtedy z naszym bratańcem - Krzysztofem - wówczas studentem, obecnie pracownikiem naukowym Politechniki Poznańskiej, żonatym, ojcem trojga dzieci. Na Jeziorze Rajgrodzkim zawody pływackie. Elżbieta ze zgrozą odkryła, że Wujek nie miał śpiwora i marzł.”
 (Maria Bucholc, Zapis drogi..., Kraków 2005, s. 57.)
 

     „Rok 1974. Spływ Legą: Olecko - Jezioro Rajgrodzkie, a właściwie jego część: Jezioro Stacze. Z Kasią Gołubiew płynęłam na pożyczonym od Zygmunta Fabera starym muzealnym „Klepperze" z uszkodzonym sterem. Na dworzec w Krakowie odprowadzała nas moja siostra Irena Stecka. Zwróciła uwagę na energiczną i ofiarną pomoc Gabriela Turowskiego. Nie brał udziału w spływie, a organizował załadunek. Zwracał też uwagę niezwykły, ujawniający wewnętrzne bogactwo, urok młodego człowieka - widziałam go po raz pierwszy. Po poznaniu Tadeusza Rostworowskiego podzieliłam opinię siostry, był on naprawdę uroczym towarzyszem: radośnie i ochoczo podejmował się wszystkich nielubianych zajęć, w jego obecności zamierały konflikty.
     Trasa dostarczała dużo emocji, biwaki w zaprzyjaĽnionym gronie radowały pięknem przyrody i wspólnym wieczornym śpiewaniem. Wujek miał dojechać nad Jezioro Rajgrodzkie. Ostatniego dnia przed umówionym terminem świeciło słońce, ale wiał silny wiatr. Mieliśmy do przebycia nieduży, ale przy tak silnym wietrze niebezpieczny odcinek jeziora. Ustawiając się prawidłowo do fali, dostalibyśmy się do jego części oddalającej od celu, w dodatku mogły nas otoczyć krzyżujące się fale. Podczas mojego ponaddwudziestoletniego kajakowania przy takiej pogodzie bez specjalnego sprzętu nie wypływało się na jezioro. Musieliśmy jednak tego dnia dopłynąć do Jeziora Stacze. Nie było wyboru. Po dłuższej naradzie admiralicja zdecydowała przedostanie się do przeciwległego brzegu, przy manewrach pod minimalnym kątem z boczną falą. Mieliśmy płynąć zwartymi grupami, by w razie potrzeby udzielić sobie pomocy. Okazało się to nie zawsze realne; załogi walcząc z falami utrzymywały własny kurs i stopniowo się oddalały. Wykonanie manewru ewentualnego podpłynięcia do zagrożonego kajaka skończyłoby się wywrotką. Wydając kapitańskie komendy, w duchu łączyłam się z bliskimi zmarłymi, by razem z nami prosili Boga o pomoc. Nie śmiałam powiedzieć o tym Kasi, by nie wywołać sprzeciwu z przekory, a także nie chcąc trzynastoletniej dziewczynce ukazać całej grozy sytuacji. Zawieszone na stopach linki sterowe wpijały się w ciało i lada chwila groziły pęknięciem, kajak trzeszczał, wiatr wzmagał się, z trudem poruszałyśmy wiosłami, woda przelewała się przez burty. Moja Kasia z lękiem, ale z mocą, zawołała: „Módlmy się!" Serce ogarnęła mi radość i nadzieja. Przekrzykując szum fal zaczęłyśmy wspólnie odmawiać „Pod Twoją obronę".
     Wszystkie załogi dopłynęły do brzegu. Szczęśliwi, śmiejąc się, wylewaliśmy wodę z kajaków, zabezpieczaliśmy i zmieniali ubranie, naprawiali jakieś uszkodzenia. Dalej trasa prowadziła wzdłuż brzegu odwietrznego. Byliśmy świadomi, że nasze siły, umiejętności i wytrzymałość sprzętu wspierała pomoc Wszechmogącego, który wprawdzie nie uciszył żywiołu (co przyjęlibyśmy jako zwyczajną zmianę pogody), ale bezpiecznie przyprowadził na spotkanie z Wujkiem.
     Czas w zaciszu leśnym nad pięknym brzegiem jeziora mijał szybko, ubywało uczestników. Pamiętam z jakim ponadludzkim wysiłkiem Mietek i „inni mężczyĽni" nieśli do przystanku kolejowego kajak i bagaż, odprowadzając kogoś z młodych, jadących na inne kajaki (Marysia? Wojtek?).
     Pozostała z Wujkiem reszta (niczym reszta Izraela) musiała również pomyśleć o sposobie przedostania się do wąskotorówki. Został przyjęty mój projekt sprowadzenia transportu PKS. Udałam się do Ełku i, tak jak przypuszczałam, mój cioteczny brat, Piotr Bukowski, natychmiast załatwił ciężarówkę. Wykreśliłam plan dojazdu i następnego dnia auto podjechało na brzeg jeziora. Bez wysiłku władowaliśmy bagaż i siebie. Z młodzieńczym, radosnym śpiewem dojechaliśmy wprost do Ełku, nie korzystając z wąskotorówki.”                                        
(Maria Oświecimska, „Zapis drogi..., Kraków 2005, s. 161-162.)


     Mija 21 lat, od czasu kiedy byłem pierwszy i jedyny raz na kajakach z Wujkiem. Była druga połowa lipca 1974 roku. Ten czas dwutygodniowego wypoczynku był złożony z dwu części. Przez pierwszy tydzień płynęliśmy po rzece, zmieniając prawie każdego dnia miejsce biwakowania. Natomiast w drugim tygodniu kajaki miały charakter stacjonarny. To znaczy osiem dni spędziliśmy nad Jeziorem Rajgrodzkim, niedaleko miasta Ełk, biwakując na pięknym wysokim brzegu zalesionym starym i dostojnym drzewostanem. Właśnie na tę drugą część przyjechał samochodem z Krakowa Wujek i pozostał z nami osiem pełnych dni. Pamiętam taki szczegół: Wujek w celach leczniczych pił codziennie flaszkę wody mineralnej. Na kajaki przywiózł z sobą osiem butelek.
     W pierwszym dniu, wieczorem, po przyjeĽdzie Wujka (była to niedziela) zostaliśmy zaproszeni przez Niego na wieczorny posiłek. To znaczy, jedliśmy to, co przywiózł z sobą. Równocześnie po skończonym posiłku miała miejsce długa z Nim rozmowa na tematy aktualnej sytuacji Kościoła. Odpowiadał na wszystkie nasze pytania. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy o pragnieniu wielu ludzi Kościoła zwołania III Soboru Watykańskiego, jako szczególnej potrzebie naszych czasów i dokończenia dzieła, które Sobór Watykański II rozpoczął. Wydawało mi się to rzeczą całkowicie niemożliwą.
     Wtedy, po maturze, byłem już przyjęty do zakonu jezuitów, o czym wiedziało tylko kilka osób z całego grona uczestników spływu. Z tym większym zainteresowaniem więc, zwłaszcza na początku, przyglądałem się Wujkowi, którego tak bezpośrednio widziałem po raz pierwszy.
     Od razu uderzyły mnie Jego prostota i bezpośredniość, jak również skupienie i dobroć. Na zasadzie kontrastu, widząc w sobie i wokół siebie, jak wiele codziennego czasu tracimy w jakimś wewnętrznym nieładzie panującym w nas i wokół nas, podziwiałem w Wujku ten stan wewnętrznego skupienia. Widać w Nim było pragnienie ciszy, która by pozwalała między innymi także naturze do końca przemówić swoim pięknem.
     Zwróciłem uwagę na to, że przy okazywanym wielkim szacunku dla każdego człowieka, Wujek raz jeden, wśród wszystkich kobiet będących na kajakach, pocałował w rękę matkę sześciorga dzieci, by w ten sposób okazać szczególny szacunek wobec macierzyństwa. Uderzył mnie również następujący fakt: po porannej Mszy św. jedna z uczestniczek kajaków prosiła o spowiedĽ. Patrzyłem z daleka na sprawowany przez Wujka sakrament pojednania. Po skończonej spowiedzi pocałował on ją w czoło, jak czyni ojciec chcąc okazać dziecku czułość i szacunek.
     Będąc wyznaczony do służenia w czasie odprawianych w namiocie codziennych Mszy Św., miałem tym samym możliwość przypatrywania się z bliska sposobowi przeżywania liturgii przez Niego. Szczerze podziwiałem Jego przygotowanie do Eucharystii, sposób jej odprawiania jak również dziękczynienie po niej. Widziałem, że kiedy On sam przygotowywał i składał paramenty liturgiczne, klękał na jedno kolano. Do tej pory pamiętam Jego krótkie homilie o tym, jak być dobrym chrześcijaninem. Mówiąc o tym Wujek nawiązywał do oazowej piosenki: „Bo chrześcijanin to właśnie ja". Wskazywał, że w niej zawarte są podstawowe cechy życia chrześcijańskiego. Można było wyczuć Jego wewnętrzne pragnienie pozostania po Mszy św. w samotności, by z Panem Bogiem porozmawiać i podziękować Mu.
     Raz, po skończonej Mszy Św., słyszeliśmy jakieś obce głosy wokół naszych namiotów. Kilka osób z pewnym lękiem wychyliło się z namiotu, by zobaczyć, co się dzieje. Wujek ze spokojem powiedział: „Nie robimy nic złego, nie mamy się czego obawiać". Wujek w pierwszych kilku dniach przygotowywał jeden z głównych referatów na Synod Biskupów mający się odbyć na jesieni 1974 roku w Rzymie, dlatego po skończonym śniadaniu chodził samotnie po lesie, obmyślając tekst. Raz spacerując, spotkałem Go idącego ścieżką. Miałem wrażenie, że skupienie i moc refleksji znajdują odbicie w Jego gorejącym wzroku.
     Zaczął z nami pływać po jeziorze w ciągu dnia kajakiem (była to jedynka - „Pstrąg") dopiero wtedy, kiedy napisał zaplanowany referat. Uderzyła mnie wtedy konsekwencja w realizowaniu zaplanowanych rzeczy. Do kajaka zabierał w nylonowych zwykłych workach książki. Zawsze miał z sobą kapłański brewiarz, widziałem także Nowy Testament - Ewangelię według św. Łukasza. Przywiózł też z sobą z Krakowa dwie lektury filozoficzne, w tym jedną po angielsku, którą wieczorem czytał półgłosem, siedząc przy swoim namiocie. Pamiętam także Jego młodzieńczą radość, kiedy jednego ranka grał w piłkę.
     (...) Kończyliśmy kajaki w pierwszych dniach sierpnia. 31 lipca, odprawiając Mszę Św., mówił o św. Ignacym z Loyoli, wskazując na jego postać jako mistrza ćwiczeń duchownych - rekolekcji. W ostatnim dniu kajaków, kiedyśmy się nerwowo pakowali, po porannej Mszy Św., Wujek spokojnie siedział przy swoim namiocie i rozmawiał z dwojgiem osób, nie spiesząc się. Miałem wrażenie jakoby celowo ociągał się z wyjazdem, chcąc aż do ostatniego momentu wykorzystać wakacyjny czas.”            
(O. Tadeusz Rozwadowski SJ, Zapis drogi..., Kraków 2005, s. 206-208)
 

     „Moje kajakowe przygody zaczęły się tak: był dzień św. Piotra i Pawła - święto. Rok 1974. Wyszliśmy ze Mszy świętej na Wawelu. Umówieni tu na spotkanie uczestnicy planowanej wyprawy kajakowej omawiali szczegóły organizacyjne. Stałam z boku i słuchałam. Było mi smutno, że oni jadą, a ja nie. W pewnej chwili Mietek Wisłocki - admirał, jakby odczuł mój nastrój i powiedział: „Marysiu, jedĽ z nami!"
-    „Nie mam namiotu ani kajaka. Pływam słabo".
-    „To nic. JedĽ z nami! Jest miejsce w kajaku Wojtka..."
     W wezwaniu Mietka było tyle serdeczności, że tak się stało. Pojechałam. Przedtem jednak przeżyłam szaleńcze przygotowania.
     Jestem śmiertelnie zmęczona. Jedziemy z Krakowa całą grupą pociągiem. Droga długa. Przez noc. Do Olecka - gdzieś blisko Augustowa. Tam jest początek trasy.
     Płyniemy rzeką Legą. Okres jest wyjątkowo deszczowy. Deszcz jakby przesłania świat. Deszcz - i zaraz na początku rozbita boleśnie noga. Przybór wody sprawia, że rosnące na brzegach wierzby, całe gałęzie mają zanurzone w rzece. Tworzy to gęstą zieloną zasłonę, przez którą mało co widać nadbrzeżny świat. Płyniemy jak w zaczarowanym tunelu. Zapominam o bolącej nodze. Któregoś dnia, gdy mijamy jakieś łąki, widzę poprzez gałęzie drzew bociany. Wielki bociani wiec. Może nie wiec, a po prostu miejsce, gdzie jest obfitość żab. Jest ich kilkadziesiąt, może parę setek. Są tak zajęte sobą, żabami, a my tak zasłonięci listowiem drzew, że nie płoszą się naszą bliskością.
     Mamy także inne, trochę kłopotliwe „urozmaicenia": na rzece są częste małe mostki, w tym stanie przyboru wody tak nisko położone, że nie można pod nimi przepływać. Musimy robić „przenoski". Mietek dwoi się i troi. Wszędzie go pełno. Pomagają mu inni chłopcy, pomaga także Marytka... Wieczorem suszymy ubrania.
     Po paru dniach wypływamy na Jezioro Rajgrodzkie. Dzień jest pochmurny. Jezioro wzburzone i groĽne. W pewnej chwili zrywa się linka od steru. Bożena - mój młodziutki kapitan - lepiej niż ja zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa przy tak wzburzonej fali. Byłoby nie wesoło, gdyby nie to, że Mietek jest w pobliżu. Naprawia prowizorycznie linkę i doholowuje nas do brzegu. Wtedy dopiero dowiaduję się, że mogło się to Ľle dla nas skończyć...
     Biwak rozłożyliśmy nad jeziorem, tu do nas dojeżdża Wujek dopiero 28 lipca.
     Pamiętam Karola Zyczkowskiego, któremu współczułam, gdy pod wymagającym okiem Danusi C., dosyć niechętnie i oczywiście bez entuzjazmu szorował menażki. Teraz pewnie żona Karola ma z niego i w tej dziedzinie pociechę."
(Maria Władyczanka, Zapis Drogi..., Kraków 2005, s. 443-444.)


19 VII - 3 VIII KAJAKI - Lega (Kronika kajakowa)
Uczestnicy: Wujek (przez tydzień), Ewa i Mietek. (admirał) z Zosią i Wojtkiem, Marytka O. - Kasia G., Marysia Władyczanka - Bożena W., Danusia C. - Karol Ż., Zosia B. z bratankiem Krzysztofem B., Elżbieta O. - Tadzio Rostworowski, Marysia C.
20   Dojazd nad wodę,
21   niedziela, wyjście do kościoła na dwie zmiany,
22   Lega,
23   Legą do Chełch,
24   wyspa na jez. Selment Wlk.,
25   Dzień Turysty
26   Jez. Stackie (odnoga Rajgrodzkiego)
27   Przeniesienie biwaku na Jez. Rajgrodzkim w sąsiedztwo obozowiska księży J. Rozwadowskiego i Cz. Obtułowicza
28   początek kajaków stacjonarnych (28 VII dojeżdża Wujek, potem codziennie ktoś odjeżdża)
30 VII   samochodem dojechali Hanka, Jacek, Wojtek i Magda Szumańscy,
1 VIII   wycieczka na jez. Niecierz,
1-2   tradycyjne nocne pływanie
2   wycieczka na Jez. Krzywe,
3   odjazd do domu.
 (Kalendarium w: Zapis drogi..., Kraków 2005, s. 393-394.)
 
     Na przestrzeni lat 1972 - 1985 w miesiącu lipcu stale przebywali z kajakami na polanie leśnej nieopodal Jędrzejek:
- Ks. Prof. Ignacy Różycki
- Ks. Bp Józef Rozwadowski
- Ks. Infułat Czesław Obtułowicz
- Dr Stanisław Kowenicki (adwokat)
- Dr Krystyna Stachowska
- Zofia Stąpor
- Elżbieta Ostrowska
     (Obecnie z tej grupy żyją tylko dwie ostatnie osoby).
    Właśnie z tymi osobami w 1974 roku spotkał się podczas spływu kajakowego przyszły błogosławiony Jan Paweł II.
    Natomiast w tych samych latach, zawsze po nich, przebywałem „pod namiotem” w tym samym miejscu razem z małżonką.
(wspomnienia Konrada Siermontowskiego)
 
Ks. Mirosław Baranowski
 
następny artykuł »
 
Top! Top!